|
Archiwum
Zakładki:
|
środa, 04 stycznia 2012
Dr. Oko
Kolejny rok przed nami, a wraz z nim lolkowe postanowienia noworoczne. Jednym z nich, które wykluło się w głowie Nergala, na pewno będzie zabawianie nas i Szyszki sobą i swoim czarem, a kolejnym- kupno gogli do biegania po lesie. Tak, tak, są takie, wczoraj mieliśmy okazję oglądać je w katalogu: http://doggles.com/doggles.html . Ale spokojnie, nie upadliśmy jeszcze na głowę, chyba, że ze śmiechu jak wyobraziliśmy sobie Lolita w takich zacnych brylach. Zamiast dogglesów pozostanie więc nam panowanie nad pokonywaniem lasu i chaszczy w wykonaniu Lolka, ponieważ jego niskopienność, zwinność, szyk i styl zaprowadziły go wczoraj do doktora Oko! Tak, odwiedziliśmy okulistę, dr Przemysława Bryłę (ja polecam!), ponieważ kilkakrotnie w ciągu ostatniego miesiąca lub dwóch podczas spacerów w lesie przymykał oko i tak mu już zostawało to pirackie oko do kolejnego ranka. Czyściliśmy to wlewaniem kropli ze świetlika, jednak z racji tego, że się powtarzało, a oczu Lolka mamy tylko parę i nie mamy zapasowych, umówiłam nas na wizyte do okulisty. Pan Dr Oko dokładnie sobie Lolka obejrzał (Lolek zachwycony wizytą w miejscu, gdzie są LUDZIE! ŻYWI! I jeszcze coś do niego mówią! Dotykają! AAAAAAA!!!), podał kontrast i tak oto naszym oczom ukazała się 2mm plama na rogówce czyli jej owrzodzenie, choć sama wolę okreslenie uszkodzenie rogówki ;) Mały pewnego dnia wpadł najprawdopodobniej w jakieś źdźbło/ gałązkę, oczywiście poszybował dalej, ale takie nadzianie się zrobiło mu taką oto niewielką dziurkę w rogówce. Dostaliśmy zestaw kropli i termin wizyty kontrolnej, na którą udamy się w sobotę. Lolito ma do tego czasu zakaz szybowania po lesie i upojne chwile spędzone z nami na zakraplaniu dziurawego oka. Morał z tego taki: uważajcie na gały tych naszych paskud, a jak coś się dzieje to na początek można to czyścić zakrapając np. świetlikiem. Jeśli się powtarza to cóż- trzeba się pojawić u Dr Oko.
Skoro tymczasowo Lolek ma zakaz hasania swawolnie po lesie, to nadrabiamy to innymi aktywnościami, treningami ze mną i Piotrkiem albo domowymi głupotami jak np. kosi-kosi, które jest jedną z ulubionych głupotek moich i Nergala. A teraz foty kosi-kosi i pozdrowienia od Lola-pirata:)
na koniec głaskanie po wielkiej klacie! hi hi pozdrawiamy!
niedziela, 04 grudnia 2011
Szyszki mechaniczne
I tak nie uda mi się nadrobić zaległości z kilku miesięcy, więc nawet nie podejmiemy takiej próby. Pozdrawiam już teraz cichych blogowych zaglądaczy, którzy w najmniej spodziewanym momencie pytają kiedy coś napiszę:) Wczoraj odbyła się druga edycja naszych szkolnych spotkań z teorią, tym razem poświęcona technikom nagradzania (prowadził Piotrek i Lolek) i etapom rozwoju psa (ja). Cała doba albo i dwie czy trzy przed poświęcone na przygotowania, ale było warto! Jedyny minus jest taki, że Szyszka siedziała trochę zakurzona i musiała zadowalać się dość krótkimi jak na nią spacerami. A powinna ćwiczyć i być w jak najlepszej formie na powtórkę egzaminu, który już straszy za drzwiami (bynajmniej nie Szyszkę, która już chyba ma plan na ten weekend w Radziszowie.........). W każdym razie kiedy już wróciliśmy wczoraj do domu po 22:00, zmachani, ale bardzo zadowoleni z siebie, zarządziłam dziś psi dzień w nagrodę za cierpliwie znoszenie braku czasu przez człowieków. Chciałam jechać do Kampinosu, mieliśmy niewiele czasu bo o 13:30 Piotrek miał być na AWFie na spotkaniu, a wystartowaliśmy o 11, no ale wybrałam trasę, która wydawała mi się super-duper w sam raz. O tak wyglądała:
Mapa jakaś z wikipedii, okazało się, że trochę przekłamana no a jeśli nie przekłamana, to odbiegała nieco od aktualnych tablic ze szlakami i dystansami w km porozwieszanych w Kampinosie. Wybraliśmy się bez sensu- jak na zwykły spacer, bez wody dla siebie, psów, ja w dresie i zimowej kurtce, jakaś komedia! Szybko okazało się, że skoro jest napisane, że trasa ma 15 km to znaczy, że ma co najmniej 17 km, które trzeba zrobić jeśli mamy wrócić do 13:30. A więc zdjęcia mamy tylko z pierwszej części, tej, która była spacerem- cała reszta a więc jakieś 10km to był truchto-marszo-bieg. Właściwie nie zrobiliśmy ani jednego postoju, a po co skoro i tak nie mamy wody ani jedzenia, nie licze oczywiście chłeptania wody przez psiska prosto z bagienek. Psy miały i luz i jego brak, trasa idzie albo wzdłuż bagien, albo je okala, albo po piachu, a na końcu i tak wychodzi na bagno- piękne tereny! Szyszka zasuwała jak mam nadzieję, że będzie zasuwał nasz nowy-stary samochód, następca padaczki. Mojego malamuta napędzają Szyszki mechaniczne. Lolo nie gorszy, w ogóle nie był bardzo zmęczony, może dlatego, że nie padało (tylko trochę), więc nie marudził. O taki filmik głupkowaty mam: http://www.youtube.com/watch?v=MlyOqacNr28
Szynia zadowolona, mijała inne psy bez tego pyszczenia do każdego, suka jak ma zadanie to po prostu je świetnie wykonuje, a jak może sama sobie wymyślać co będzie zrobić to nie ma zmiłuj dla psów. Poza tym Szynia jest niezniszczalna, regeneruje się szybko, bo do końca ciągnęła mnie z taką samą siłą i radochą jak na początku. I zdjęcia:
i bez larwy z bardziej wesołym Lolem a nie z miną na zbitego psa (boże te staffiki takie miny robią, że żal się robi!) Jesteśmy bardzo zadowoleni ze spaceru, cisza spokój, psy zadowolone- chętnie pokazałabym jak własnie wypoczywa Lolek koło mnie na kanapie, ale jego pozycja nie nadaje się do publikacji;)
poniedziałek, 12 września 2011
Lolek węszyć może...
...oj może! I nie przypuszczałem, że dla staffika może to być tak angażujące zajęcie. Ale od początku. Wrócilismy w nocy z warsztatów tropieniowych z Zosią Mrzewińska organozowanych przez Alteri. Pojechałem tam, aby poznać Zosię, której książki czytałem już wiele lat temu i wiele jej pomysłów było dla mnie inspiracją, dowiedzieć się czegoś więcej o tropieniu, poznać lepiej moje psy, spotkać się z grupą starych znajomych, których mam przyjemność spotykać głównie przy okazji zjazdów, wykładów i seminariów. W tym wpisie skoncntruję się na tropieniu :) Słowem wstępu: Lolek nigdy nie miał układanego śladu, Lolek nigdy nie rewirował, zdarzało się jemu popracować noskiem, gdy schowałem się jemu w krzakach czy nie zauważył gdzie spadła wyrzucona zabawka. Ba! Wstyd się przyznać, ale to chyba jedyny z moich psów, czy lepiej - psów szkolonych przeze mnie, który nie bawił się w tzw. zgubę wsteczną (szukanie zgubionego przedmiotu). Natomiast podczas każdego spaceru ma bardzo dużą swobodę węszenia, prawie nieograniczoną. No! Jak się zaniucha w siuskach jakiejś suczki co doprowadza mnie to czasem do irytacji, ale wtedy też w żaden sposób nie karcę psa tylko po prostu wołam spokojnie "Lolek!" i on wtedy do mnie przybiega. Być może właśnie ta swoboda spacerowa sprawiła, że pierwsze ślady poszły jemu rewelacyjnie (dla niewtajemniczonych "ślady" wyznaczaliśmy stopka po stopce, na "świeżym" terenie, podczas których upuszczone były 2 przedmioty). Po wprowadzeniu na ślad, jak na pierwsze tego typu doświadczenia, bardzo pewnie poszedł po moim zapachu, doszedł do pierwszego przedmiotu, potem do drugiego jakby robił to od lat :) A ślad miał jak na moje oko około 100m. No, może miał ze dwie chwile malutkiego zawahania :) Na pewno będziemy kontynuowali tę zabawę, bo jest to solidna dawka przyjemnych emocji dla mojego psiaka. Rewir - w tym troszkę bardziej się na początku pogubiliśmy, ale połączyliśmy to ze znanym nam "obediencowym" ćwiczeniem wysyłania we wskazanym kierunku do celu i wyszło w ostatniej powtórce całkiem nieźle :) Przynajmniej mam wrażenie, że Lolek wyszedł z inicjatywą rewirowania, czyli szukania przedmiotu na wyznaczonym terenie. Pies tutaj nie podąża po śladzie tylko szuka przedmiotu na wyznaczonym przez przewodnika obszarze. Także zalążek mamy za sobą. Na pewno będziemy się dalej bawili w rewiry. Ciekawy był także ostatni trening, gdzie ze względu na upały poszliśmy do lasu, na schowane między drzewami boisko, gdzie w cieniu drzew ćwiczyliśmy zaznaczanie przedmiotu, odkładanie nagrody w czasie i nasze ukochane posłuszeństwo :) Z tego treningu się bardzo cieszę, bo oprócz naszych treningów w grupie DOGadajcie się OBI-team rzadko trenujemy w takich rozproszeniach, a tu na jednym placu 12 psów i jeszcze więcej ludzi :) I poszło Maluchowi genialnie - pomimo upałów, wielu rozproszeń miał bardzo ładne skupienie, wykonywał na całkiem niezłym pobudzeniu wszystkie ćwiczenia, ale to na pewno duża zasługa treningów w naszym OBI-team prowadzonych przez Magdę. Zresztą nie tylko mi praca Lolka się tak podobała. Zosia powiedziała, że jest na prawdę baaaaardzo dobrze, a Lolek dostał nowy pseudonim - "Pistolet". W sumie to do niego bardzo pasuje :D Wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Szyszka tez się wiele nauczyła, wiele także dowiedzieliśmy o Szyszce :) Ale mam nadzieję, że o tym więcej Agniecha napisze na hexoszyszka.blog.pl. Dziś odpoczywamy - jesteśmy w Podkowie Leśnej, psiaki zalegają po kątach i w ogrodzie, aktywności zaplanowane to 20 minutowy spokojny spacer, a po nim wielki kawał mięcha z kawałkiem kości na wystudzenie i regenerację. Jutro po malutku pewno wrócimy do treningów, bo w Podkowie świetnie nam się pracuje :) Może jak znajdę w tygodniu troszkę więcej czasu to napiszę na stronę DOGadajciesie.pl jakąś mniej osobistą, bardziej merytoryczną relację z tych fantastycznych warsztatów :) Piotr
czwartek, 08 września 2011
Sierpniowy Lolek
Jako, że jeszcze są ludzie, którzy czasem zaglądają na lolkowego bloga, podtrzymam go przy życiu :) Napiszę krótko co u nas. Mamy za sobą wyczerpujący urlop. Lolek oprócz tego, że wyhasał się po górkach, sporo ze mną potrenował. Urlop to taki czas, gdzie nigdzie nam się nie spieszyło, więc łatwo było znaleźć czas na spokojne przemyślenia, planowania i treningi. Oczywiście w zakresie obedience. Od lipca udało nam się także aktywować treningi w naszym DOGadajcie się OBI-team. Pod okiem Magdy (w mojej ocenie jednej z najlepszych i ciekawszych zawodniczek polskiego obedience) możemy uczyć się pokonywać swoje kolejne słabości, osiągać wyznaczone cele. Bardzo dużo daje takie wsparcie zespołu i trenera, który powie co nam dobrze wychodzi, powie co należy poprawić, nad czym więcej popracować, który wzmocni sukcesy, podtrzyma dobrą passę i zmotywuje do dalszej pracy nad "niedociągnięciami". Magda, jeżeli to czytasz - dzięki :) Razem z Lolkiem pod parasolem naszego Teamu uczymy się kreatywnego myślenia, kombinowania, a przede wszystkim systematycznej pracy. I z tego jestem bardzo zadowolony. Odkąd zaczęliśmy spotykać się w naszym OBI-Teamie, nasze treningi stały się systematyczne, ale też nie zbyt częste i nazbyt długie. Dodatkowo poprzeplatane są różnymi sztuczkami, wygłupami, durnotami i wesołościami. A po co? A po to, aby pies nie odrywał wzroku ode mnie na treningach. I nad tym ostatnio bardzo dużo pracowaliśmy. Nad skupieniem uwagi psa. Nad tym, aby wachlarz nagród był rozbudowany - nie tylko smakołyki, zabawka, ale także wspólny bieg, przeszkody, wygłupy i sztuczki. To bardzo podnosi wartość tzw. "nagród socjalnych". Na deser filmik z naszych zmagań: Miłego oglądania :) Piotr
niedziela, 12 czerwca 2011
wielki powrót!
Tadam! Po dłuuuuugiej przerwie postanowiłam pochwalić się Lolkiem. Zaniedbujemy blogi, tak bardzo pochłaniają nas obowiązki i przyjemności związane z posiadaniem naszego trio (w porywach tercetu), że często nie znajdujemy siły, żeby coś napisać. Dobra, winny jest facebook, bo tam panuje szał i można w 3s wklepać dowolną treść i okraszać ją fotkami:) Ale dziś wyjątkowy dzień, więc warto odkurzyć czarnego lolka.
Dziś niedziela, ostatni dzień kursu kurczakowego Piotrka i tym samym ostatni dzień kiedy byłam sama z Lolkiem, a Szy i Baz byli w Podkowie. Przez tych kilka dni dużo udało nam się zrobić. Doprowadziłam mieszkanie do stanu używalności (taaaak, niestety aż tak daleko sięga nasza czasowa niewystarczalność...), wykąpałam Hex i Lola, zrobiłam zakupy, sto prań, koszulki dogadajciowe, zebranie fundacyjne (z Lolkiem pod pachą), wizytę w Podkowie (bo istniało zagrożenie, że Szyszce coś jest, okazało się, że to była apatia z tęsknoty, pewnie za Lolkiem, bo nie podejrzewam że za mną;)), udział w pikniku bielańskim i wreszcie dziś wystawę w Lublinie, a w przerwach między tym wszystkim były ćwiczenia i miłe spacerki z Lolem (i Hexą).Wow, czasem fajnie zostać tylko z jednym psem wiedząc, że pozostałe dwa też dobrze się bawią:) Krótka historia dzisiejszej wystawy? Wczesna pobudka, to po pierwsze. Lublin niedaleko, ale wstać trzeba. Namiot na plecy, klatka, szpargały, klamoty, pies, Tata, samochód. Ruszamy. To pierwsza wystawa Lolka od sierpniowego Sopotu w zeszłym roku. Jedziemy, bo lubimy, jak to mówią : jaram się;) Docieramy na miejsce wcześniej, namiot rozłożony, czas na oczekiwanie. W międzyczasie namierzyłam Margo, kursantkę Piotrka, stafficzkę z klasy baby, więc przygarnęliśmy jeszcze p.Hanię i Margo do nas co by się nie usmażyła. Lolo był dżentelmenem, czasem postękał, że musi siedzieć w klatce, ale ogólnie był cudem, miodem, orzeszkiem w polewie! Kto jeszcze nie czytał mojego artykułu pt.:jak zadbać o komfort psa na wystawie niechaj to uczyni, bo to ważne! Dzięki temu wszystkiemu Lolkowski był długo "świeży" i gotowy do akcji, zrelaksowany, energiczny, taki stuprocentowo zaangażowany, jak na treningach. Wejście na ring ładne, Lol włączony, jesteśmy sami w klasie, więc właściwie byleby się pokazać. OCzywiście, jak się jest samemu w klasie to można powiedzieć, że jest banalnie łatwo, że to i tamto. Ale warto się ładnie zaprezentować i usłyszeć od p.sędziny, że dobrze motywuję Lolka i że jest ładnie wystawiany (wreszcie ktoś to wyartykułował z sędziów:P). mój fenomenalny pies, WYPAS!!!
kochany, wpatrzony, cudny;)
dobra kieszeń to podstawa! Nadszedł czas porównania o Zwycięstwo z psiakiem z klasy pośredniej.
I jest, oto lewitujący Zwycięzca, hopsa, hopsa, tak się trzeba cieszyć smutasy!!!!! Teraz spójrzcie na zdjęcia z udziałem innych bohaterów, tzw. mistrzów drugiego planu. Wszyscy bardzo dziwnie się na mnie i Lola patrzą. Ok, dużo do psa gadam, cieszę się, chwalę, piszczę, skaczemy- ale o to ma chodzić w wystawianiu, o radość, a nie ciągnięcie psich zadów po trawie!
chwilka z zabawką, już jesteśmy po ocenie, chcę nagrodzić Lolka tu i teraz za wytrwałość
I czas na porównanie o rasę, początek był nawet niezły, ale szybko skończyły mi się smaki a podczas biegu Lol chciał już do domu i nie zaprezentował się zbyt pięknie, trochę mi galopował, flakowaty był. Ale nic to, nie trzeba mieć wszystkiego:)
i z bobową suczką
A na deser, opis Lolka "2letni, czarny pręgowany, doskonały typ, doskonała rzeźba głowy, doskonałe proporcje kufy i mózgoczaszki, doskonałe ucho, oko, pigment i stop, prosty i głęboki front, doskonała górna i dolna linia, doskonale pokazywany, świetny temperament wystawowy"
:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Dziękuję p.Hani i Margo za towarzystwo, mojemu Tacie za towarzystwo i pomoc, a przede wszystkim Monice od Trolka za śmichy, chichy, wsparcie i Trolkowemu Pankowi za zdjęcia!!!!!! Ten tydzień musi być świetny, zaczełam go doskonale, jaram się!
środa, 11 maja 2011
Kwadratowy zawrót głowy
Życie po urlopie nabrało tempa, spięliśmy się tak, żeby przez naszą pracę, zobowiązania, to śmo i owo nie traciło nasze trio. I tfu, tfu na razie idzie doskonale- udaje się wygospodarować czas dla każdego z osobna i trio razem. Lol wciąż zafascynowany jest SOBĄ i tym, że jest prawdziwym MĘŻCZYZNĄ, więc zapachy kobiet są nadal ważne i wiodące. A kiedy nie jest zajęty SOBĄ i swoją MĘSKOŚCIĄ z pełną parą wskakuje do kwadratu! Cztery pachołeczki, metry taśmy, Piotrek i ja jako maszynka do smaków i już cały Lolo szczęśliwy!
I tak nam mija czas! A filmiki mamy, mamy, wrzucimy, wrzucimy!
niedziela, 01 maja 2011
Urlop
I jesteśmy- koniec urlopu, przedwczesnej majówki. Wymsknęliśmy się tłumom planując wypoczynek w górach pomiędzy świętami a majówką. To był iście idealny plan a jego wymyślenie biorę na siebie:) Wracając mijaliśmy wzmożony ruch w mieście i na drogach. Wyjechaliśmy w świąteczny poniedziałek zabierając Lolka i Szyszkę. Bazio został w Podkowie. Podróż była długa, cel podróży odległy o 500km. Podróż usiana też nieprzewidzianymi przystankami na sprzątanie po Lolku- mały bobek musiał nażreć się patyków i trawy i umilać nam trasę- ech! Kiedy już wreszcie dojechaliśmy, wodzeni na pokuszenie przez GPS, który prowadził nas absolutnie wyjątkowo objazdową trasą oczom ukazała się wreszcie Szklarska Poręba, zachmurzona, ciemna, a dom nasz w dzielnicy Biała Dolina stał jak stał 3 lata temu, kiedy byłam tam z Żoszką, Karlą i Martą z Piotrem. Tak, pokoje gościnne "Karolinka" to dobry wybór- zwierzęta mile widziane, z daleka od centrum, jedynym mankamentem jest pies gospodarzy, który swoje psie życie spędza na długim łańcuchu a atrakcjami jest ograniczona do długości łańcucha pogoń za ptakami. Poniedziałkowy wieczór to krótka wizyta w Szklarskiej, rozpakowywanie się i zasłużony odpoczynek po podróży. A już we wtorek pierwsza góra, na rozgrzewkę Wysoki Kamień. Aura jesienna, kiedy wychodziliśmy lekka mżawka, z każdym krokiem deszcz dudnił coraz bardziej. Szlak jest blisko nas, po naszej stronie Szklarskiej Poręby. Zaczynamy się więc wspinać, niewiele rozmawiając bo każdy postój jest podyktowany raczej zadyszką naszą aniżeli psów, a jak już postój to tylko krótki, bo z każdą minutą postoju Lolek trzęsie się bardziej. Wejście na Wysoki Kamień jest bardzo szybkie, widoki na szczycie wspaniałe, a wtorkowe widoki były takie:
Zejście to ulga po tych zawiejach na szczycie, ulga, bo przemarznięci i przewiani mogliśmy znów się poruszać i ogrzać. Na samym dole rozciągała się piękna łąka, jedna z tysięcy łąk w tych okolicach, tam też pozwoliliśmy dzielnym psiakom poganiać we własnym zakresie. Deszcz ustał, psy ruszyły przed siebie.
Po powrocie do pokoju wyjrzałam i zobaczyłam, że chmury się porozdzielały a Szrenica jest coraz bardziej widoczna. Uzależnienie od pogody jest dość irytujące, zwłaszcza dla osób, które lubią mieć wpływ na to co się dzieje:) Ale można wygadać, wymodlić i wyśpiewać rozpogodzenie: Schemat dnia okazał się dość stały- po śniadaniu wyruszaliśmy w góry, potem już bez psów na miasto i obiad, po południu zabieraliśmy psy do Jakuszyc,dzielnicy Szklarskiej, która jest też przejściem granicznym z Czechami. Tam zawsze pusto, dość płasko, cicho i ładnie.
Kolejnego dnia, w środę wyruszliśmy na Szrenicę. Przez miasto przebiliśmy się Daczką, zaparkowaliśmy i ups- zapomniałam o aparacie;) Wejście na Szrenicę jest dość nudnawe, za to widoki z samej Szrenicy piękne. Zachowamy je jednak dla siebie, bo aparat odpoczywał w pokoju:) Czwartek to już piękna, wiosenna pogoda i plan dotarcia jak najwyżej Łabskiego Szczytu. Zaczynamy od przetransportowania się samochodem w inną część Szklarskiej, w okolice wodospadu Szklarki. Tam pośród łąk i kózek zaczyna się nasz czwartkowy szlak.
A to już zagadka- gdzie jest Lolek?
Stefan często poruszał się bez smyczy, tak było wygodnie a i Lol wydawał się bardzo zadowolony, bo chętnie penetrował każdy zakamarek lasu. Czesto też łapał jakieś węchowe tropy, gapił się w dal, chciał gdzieś pędzić- drzemie w nim iście myśliwski duch.
Nasze psy chyba lubią się chować- tym razem na rodzinnej fotce schowała się Szynia:
I jesteśmy na hali pod Łabskim Szczytem chmura ponad nami i drobny deszcz skłoniły nas do zawrócenia i zejścia. Pod schroniskiem czaiły się dwa psiska, więc pakowanie się tam mogłoby nie być tym, co chcemy przeżyć na szczycie. Szybko ubraliśmy się w przeciwdeszczówki i na dół- w głowie były tylko straszne opowieści rodziny o tym jak straszne są burze w górach i co może się nam stać:)))
W drodze na dół zmoczyło nas i osuszyło, wyszło piękne słońce więc postanowiliśmy odwiedzić też wodospad Szklarki. Droga wiodła wzdłuż strumyka, co dało psom kolejną możliwość "podzikolenia". A pewnego popołudnia zadzwoniła do mnie Pani z Radia "Zachód" z zaproszeniem do wywiadu, który odbędzie się przez telefon. Gościem w studiu była pani z zielonogórskiego schroniska, ja wirtualnie, bardzo konkretna Pani redaktor i tematy o dogoterapii, o pogryzieniach do których tak czesto dochodzi w ostatnich dniach, o psach w bardzo szerokim ujęciu. Rozmowa trwała około 30 minut, niestety nie ma jej jeszcze do odsłuchania w internecie, bardzo liczę na to, że się ukaże, bo było mi bardzo miło:))
Kolejny dzień, już ostatni pełnej, całodziennej wędrówki- piątek. Dzień zarezerwowany na ponowne zdobycie Szrenicy, juz z aparatem w dłoni i od innej strony- szlakiem, jak wynikało z mapy łatwiejszym i ciekawszym, ale dłuższym, od strony Jakuszyc. Pełni zapału ruszyliśmy, szlak rzeczywiście długi i ciekawy, bardzo nawet ciekawy. Zaczęło się od tego, że szlak przebiegał tam, gdzie wartko płynął strumień, ale że woda krystalicznie czysta to nie byłoby to takim wielkim problemem gdyby nie to, że przed nami rozciągało się bagno. Istne głębokie bagno, w którym świetnie odnajdowały się Lolek i Szyszka, śmiem twierdzić , że to był ich ulubiony szlak. Przedarliśmy się przez bagno Potem, w dalszej czesci bagna ktoś stworzył kładki, które znacznie ułatwiały wędrówkę.
Kładki się kończą a mapa bezlitośnie pokazuje, że jeszcze długa droga i jeszcze większe bagno przed nami. Zawróciliśmy! (Piotrek nie miał butów na zmianę;) pieszy wędrownik, phi:)))
Schodząc był czas na zdjęcia
Zatrzymaliśmy się na tej polanie, w dole stał już samochód,to był początek i koniec tej wyprawy. Daliśmy psom luz, pełny luz w słoneczku! Lol zaproponował też nową dyscyplinę sportu Zjazd na plecach http://www.youtube.com/watch?v=XEeVkC1zrA4 i parami Tego samego dnia, po drzemkach (psy były zmęczone najbardziej ze wszystkich dni), obiedzie, wyciągnełam jeszcze całą trójkę na kolejne wejście na Wysoki Kamień, pogoda była piękna, słońce już zachodziło, musiałam tam wejść.
I to koniec! Wczoraj pakowanie, śniadanie, wyjazd, długa podróż do Podkowy, ja do Warszawy, psiaki i Piotrek jeszcze w Podkowie. I dziejszy sms od Piotrka: "na jaką górę dziś się wdrapujemy?" Mam nadzieję, że wrócimy w Karkonosze jeszcze w tym roku, psy były zachwycone (tak myślę;)), ja byłam zachwycona zanim wyjechałam, a Piotrek myślę, że dał się zauroczyć tym miejscem i tymi górami:)) Teraz czas wracać do pracy:)
czwartek, 14 kwietnia 2011
lansik
Wiem, wiem, że wszyscy, którzy mieli obejrzeć już obejrzeli i prawdopodobnie już nie chcą, ale na wypadek, gdyby zajrzał ktoś kto jeszcze nie dotykał Lolka przez ekran telewizora to proszę:
http://uwaga.tvn.pl/46419,wideo,253159,zwierzeta_czy_zabawki,zwierzeta_czy_zabawki,reportaz.html
reportażyk, po chomika i świnkach, na samym końcu jesteśmy i my.
A my mamy się świetnie, dziś hasaliśmy po lesie, a wczoraj robiliśmy badanie moczu:) O taka nasza codzienność z psami:)
niedziela, 10 kwietnia 2011
Rozwiązanie quizu- emocje sięgają zenitu
Lolek- mały, czarny, wesoły. Dziś po raz pierwszy odkąd jego matka go urodziła, on otworzył oczy, jest u nas i stąpa po bielańskiej ziemi usłyszałam najprawdziwszą prawdę. To mnie zatrwożyło. Zatrwożyło Piotra a nawet człowieka co to nie da się łatwo zatrwożyć- mojego Tatę.
Dziś, około godziny 16 postanowiliśmy wsiąść do auta i oddalić się na parking znajdujący się nieopodal Cmentarza na Wólce. Tak, to ma znaczenie, bowiem skład tego wyjścia powiększony o mojego Tatę znaczył, że Piotr będzie uczył się jeździć pod szyldem niewidzialnej eLki umieszczonej na czerwonym samochodzie czeskiej marki. Przeżuwając obiad pojawiła się w mej głowie myśl, która nie dawała mi spokojnie dokończyć posłku- Lolo jest dziś smutny, wezmę go na ten parking i tam coś sobie poćwiczymy. Wychyliłam palec za okno, sprawdziłam siłę wiatru co by Smerdka nie zawiało, wystawiłam się na wiatr i oceniłam, że możemy się na taki układ zdecydować- jedziemy wszyscy na parking koło Wólki.
Spakowałam gadżety, fidrygałki, dyrdymałki i zeszłam z Lolem pierwsza po to, by... by... by wydarzyło się TO. Może kilka minut później , gdybym tylko wyszła odrobinę później oczom mym nie ukazałaby się prawda, co ja gadam, moim uszom nie ukazałaby się prawda o Lolku. Czekałam więc przed klatką , stojąc między żółtymi, zdezelowanymi słupkami odgradzającymi trawnik pełen kup od wąskiej podwórkowej drogi. Lolek po spełnieniu swoich potrzeb typu naglące (siku), postąpił typowo dla zaistniałej sytuacji i położył się na trawniku oczekując na moje werbalne i niewerbalne znaki a przede wszystkim oczekując na Piotrka i mojego Tatę. Wnet zerwał się wiatr, zaszumiało a śmieci będące wszędzie wzniosły się w górę szeleszcząc i tupocząc. Podjechał samochód, zaparkował tuż obok naszego rumuńskiego rumaka. Z otchłani francuskiego auta wyłoniła się kobieta z córką. Kobieta śniada, gniada, gibka i bystra o czym przyszło mi się zaraz przekonać. Poruszały się szybko jakby poganiał je wiatr, jeszcze naglej mym oczom ukazał się żwawy Piotr, z wyrazem twarzy mówiącym "mam motywację, będę kierowcą!" oraz mój Tata z wyrazem twarzy "boże, chcę spędzić niedzielę przed TV, ale jestem herosem, nauczę Piotra jeżdzić!". Drogi naszej dzielnej czwórki zbiegły się niemalże z elegancką Panią i jej córką. Nie znamy się, nasze życiowe drogi są od siebie oddalone jak te nasze dwie klatki. Smagani wiatrem usłyszeliśmy.................................................................................................
"TEGO typu psy to powinno się trzymać na smyczy" Zaraz po tym potok słów, zdezorientowana córka, potem znów potok słów, jeszcze kilka wyrazów dla wzmocnienia swojego niezadowolenia ze TEGO TYPU psy chodzą po naszej ziemi...
Moniko- wygrałaś quiz- Lolek jest TEGO typu psem....
Gdybym usłyszała że jest typem mięsożernych albo merdającym ogonem byłoby to utrzymywanie mnie w kłamstwie, błędzie. Prawda jest gorzka,a pies wcale nie jest wesoły i przyjacielski. Gdybym usłyszała że nieważne jakiego jest typu, proszę go zabrać oznaczałoby to, że wcześniej wywiązał się między nami dialog. A tu dialogu brak...
Moral tej bajki jest taki: - gdybym usłyszała zwykłym tonem: psy wyprowadzamy na smyczy, proszę go zapiąć- od razu bym to zrobiła - to mój obowiązek i nadużywam uprzejmości sąsiadów wyprowadzając Lolka luzem - gdy słyszę ton grozy, nieznoszący sprzeciwu i świadczący o braku wiedzy i o kierowaniu się opinią mediów- perfidnie nie zapinam psa na smycz. - gdyby Lolek podbiegł do Pani lub córki z zamiarem znanym mnie- przywitania się, ale nieznanym tym Paniom- natychmiast bym go zabrała i jeszcze przeprosiła, bo wiem, że nie każdy lubi psy i chce mieć z nimi kontakt- szanuję to. Ale Lolek był z nami, przy nas, jak zawsze:) - żałuję, że kilkuletnia córka była świadkiem tej sceny, jaka będzie konsekwencja? Córka w taki sam sposób będzie zwracała komuś uwagę, być może będzie obawiała się psów TEGO typu a moze KAŻDEGO typu, bo dziś była w wyniku całej tej sytuacji dość zdezorientowana, może będę miała okazję kiedyś przyjsc do jej szkoły i zrobić zajęcia z psami by te skojarzenia z domu odkręcić?
Drogie dziewczyny: Monia ZWYCIĘŻCZYNIO, Asiu, Aniu, Magdo, Karla, Patusiu- dziękuję Wam za wzięcie udziału w tym jakże ważnym quzie. Nagrodą dla Moniki będzie sesja zdjęciowa z Lolkiem- Monika będzie występować jako kawałek mięsa,który uwolni w Lolku krwawe żądze, Lolek , jak to pies TEGO typu, będzie się pławił w tej scenerii i bedzie merdał ogonem!!!! Bo Lolek proszę państwa jest bardzo przyjacielskim psem!
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Już kwiecień...
Dziś ogłosiłam wstrzymanie wszelkiej działalności, która wiązałaby się z byciem umysłowo sprawnym, bystrym i ogólnie "na chodzie". Tak to jest- całą zimę, mrozy, zaspy przechodziłam i ani chusteczki nie wyciągnełam, a jak przychodzi wiosna, ciepło i miło, to się zaczyna. Albo więc - pomyślałam, dziś zrobię sobie stop i po pracy nie wychylę nosa (ok,poza wyjściem z psami), będę się grzać z Lolkiem na kanapie i jutro będę mogła normalnie chodzić, albo dziś zrobię co miałam zrobić i będę uziemiona na dłużej. Zważywszy na ostatnie zdrowotne wydarzenia w naszej rodzinie wolałam usiąść i zostać w domu.
Co u nas? Doszliśmy do żywieniowego porozumienia z Lolkiem. Po długich, sama nie wiem czy potrzebnych poszukiwaniach udało się zmienić karmę z Hillsa na ... Acanę Pacificę, którą od zarania dziejów spożywa Szyszka. No, najciemniej pod latarnią. Teraz przynajmniej zapanowała względna jednorodność karmy:) Lolunio ma ładną sierść, bez łupieżu, jest energiczny jak zawsze, tylko jego małe kuku na łapce jeszcze nie zarasta sierścią. Ale przecież z francuskim pieskiem zawsze musi być jakieś ALE:) Wiosna na pewno mu sprzyja, niebawem czeka nas wielkie kąpanie całej czwórki z towarzystwa- przyda im się trochę świeżości:) Na razie nadal walczymy z kłakami, kończy Szyszka, tempa nabrało gubienie sierści Bazyla, więc połowa naszego życia przebiega pod znakiem odkurzacza.Wzięłam się nawet za wyczesywanie psów, regularnie po troszeczku.
Plany wystawowe były, jakże napięte;) ale jak się okazało nie warto niektórych rzeczy planować, na razie ani do Legionowa, ani na majowe wystawy się nie wybieramy a dlaczego? Abo za tydzień jadę oglądać próby polowe Tiany (będzie co obserwować, nowy wycinek kynologicznego światka), a na tydzień między Świętami a weekendem majowym jedziemy do Szklarskiej Poręby- mojego miejsca nr 1 w górach (wyżej były zawsze Bieszczady, ale niestety nie można tam wędrować z psami). Już nie mogę się doczekać wędrowania z Szyszką i Lolkiem po karkonoskich szczytach. Na pewno bardziej go to rozwinie niż wystawa:) Choć i w tej dziedzinie nie zawieszamy broni;) Uff, Bazylek powoli trenuje, by wkrótce zamieszkać u swojego docelowego Pana/Pani. A ja staram się rano z nim wychodzić na spacerek (wyczyn, ja przed pracą, alleluja!), w ramach podziękowania za to, że nie zlewa mnie tak jak Lolek i Szyszka i nie odwraca się dupą jak ja zwlekam się przed 6 z łóżka, tylko heroicznie, wiernie wstaje w doskonałym humorze ze mną i towarzyszy mi aż do mojego wyjścia. Choć pogoda piękna to nowych zdjęć Lolka brak. Chyba, że mogę nazwać zdjęciem z elementem Lolka fotkę naszej sali- prawie, prawie gotowej. Ostatnie dekoracje przed nami (to moja opieszałość), ale podziwiać można.
A więc kto żyw niech zrywa się i uderza do nas, na zieloną trawkę:) Na AWF! P.S Pisałam w lutym o tym, że mieliśmy z Lolem nagranie do tv. Kurna, wszystkim naobiecywałam, a materiał JESZCZE się nie ukazał, o ile w ogóle ma się ukazać. Tak czy siak gdy tylko dostanę jakąkolwiek informację o tym czy a jeśli to kiedy się ukaże- dam znać:) A teraz wracamy z Lolkiem do wlepiania w siebie gał. Aga, Lol |