Menu

Czarny Lolek

kręci się pupka, merda ogonek,cały się kręci, nasz piesek Lolek!

Jak być ciasteczkiem? O nagradzaniu jedzeniem.

faberkowa

Wydawanie psu za wykonane zadanie jedzenia jest jedną z najczęściej stosowanych nagród w szkoleniu (tym bardziej, nazwijmy to- humanitarnym, bez kija). Czy jest najłatwiejszym ze sposobów? Nie. Wymaga umiejętności od trenera, który je proponuje i od właściciela, który ma to powielić ćwicząc ze swoim psem. I o tym dziś.

W umyśle wielu ludzi wygląda to tak: pies za jedzenie zrobi wszystko, a bez jedzenia nic. Wielu nie chce więc uczyć psa czegokolwiek z wykorzystaniem nagród w postaci jedzenia, bo uważa, że pies coś po prostu powinien zrobić albo że nauczy się coś robić tylko dla ciasteczka. Pojawiają się też prześmiewcze pytania czy ktoś dawał psu ciasteczko za to, że nie oszczekał innego psa/nie rzucił się na sąsiadkę, a na końcu nierzadko konkluzja, że z jedzeniem próbowałem/am, ale to nie działa.

 DSC_04071

Fakty są takie:

  1. Jedzenie jest po prostu naturalną potrzebą tak psa, jak innych gatunków. Może, ale nie musi być motywacją do nauki.
  2. Nie jest oczywiste, że każdy pies dla ciasteczka zrobi wszystko. Ciasteczko w konfrontacji z dużym strachem jaki przeżywa pies czy inną silną emocją (jak złość czy frustracja) przegra, bo w danej chwili nie jest dla psa nagrodą, nie jest tym, czego pies pożąda. W przypadku psów problemowych większą nagrodą może być ulga, którą odczuje pies oddalając od siebie zagrożenie albo przeciwnie- bardzo przyjemne, euforyczne więc emocje związane np. z polowaniem na poruszający się szybko obiekt (sarnę/kota/wiewiórkę).
  3. Samo wydanie psu ciasteczka nie dla wszystkich psów będzie komunikatem „zachowanie, które zaprezentowałeś warto powtarzać”. Częściej staje się mechanicznym wetknięciem psu do pyska czegoś, co my nazywamy nagrodą, a co pies po prostu zje. Nagradzanie jedzeniem jest nieco bardziej skomplikowane (jeśli ma być efektywne) niż podanie psu czegoś po czym mlaśnie. To może być jeden z powodów dla których ciasteczka w opinii wielu osób nie działają.
  4. Dobrze przeprowadzony proces uczenia psa czegoś z użyciem nagrody w postaci jedzenia nie uzależnia wykonania zadania od tego czy opiekun ma coś w dłoni czy nie. Jeśli tak się dzieje to jest to niepełny lub źle przeprowadzony trening uczenia.
  5. Na pewnym etapie to czy damy psu krokieta czy miękką kosteczką obtoczoną pasztetem nie ma znaczenia. Atrakcyjność nagrody jest owszem ważna, ale zwykle na początku. Jeśli pies ma duży bagaż dobrych doświadczeń współpracy z opiekunem, ma z nim poprawną relację, ma opiekuna, który jest czytelny – możemy podać psu ciasteczko z tekturki i efekt będzie taki sam, a wątłe walory smakowe tektury nie obniżą jakości wykonywanego zadania.
  6. Odwracanie uwagi jedzeniem w sytuacji problemowej (dajmy na to, gdy pies oszczekuje inne psy mijając je na spacerze) czyli po prostu podetknięcie psu pod nos czegoś do jedzenia nie rozwiąże problemu, bo jeśli w ogóle się uda to po prostu zasłoni na chwilę kłopotliwe zachowanie. Ale- może być doraźnym działaniem, który wprawdzie owego problemu nie rozwiąże, ale na szybko i na już pozwoli odciągnąć psa i odejść z nim na jakąś większą odległość albo przyspieszyć wykonanie komendy. Przy psach z dość mocno utrwalonymi problemami prawdopodobnie w ogóle jednak nie zadziała (a jest najczęściej stosowane przez opiekunów, którzy potem skłaniają się ku opinii, że szkolenie z nagrodami nie działa).
    DSC_0460

     Najlepszym ciasteczkiem dla psa powinien być jego właściciel. Czyli przepis na dobre nagradzanie jedzeniem:

    1. Zbudowanie chęci pobierania pokarmu z ręki od opiekuna jeśli pies jej nie ma. Jedni grzmią, że nie wolno karmić psa z ręki, inni są tego zwolennikami, a mnie wszystko jedno- jeśli ktoś chce ze mną pracować nad zmianą zachowania swojego psa to musimy spotkać się w połowie drogi i sprawić, by pies jadł. Pies tuż po posiłku jeść nie będzie, nierzadko pies ze stałym dostępem do miski też nie. Czasem niewielka zmiana nawyku opiekuna w tej kwestii bycia z psem wystarczy.
    2. Dostrzeżenie wykonania przez psa zadania czyli stop mechaniczności. Ogromnie niedoceniane jest werbalne zaznaczanie prawidłowego zachowania, poprzedzające wydanie nagrody. Nie chcę być maszynką do wydawania jedzenia, chcę, by pies rozumiał wydawane przeze mnie komunikaty- tak zakaz, jak i pochwałę. Chcę też, by w tym wszystkim pies odczuwał przyjemność robienia tego o co go proszę- czy to przybiegania do mnie czy chodzenia przy nodze. Samo się nie zrobi.
    3. Dobry czas czy jak kto woli timing. Ma duże znaczenie, bo jeśli nagradzam kilkanaście sekund po zachowaniu i to jeszcze jak maszynka w grobowej ciszy to szanse na zrozumienie przez zwierzę tego co zrobił i że to jedzenie jest za to, są mniejsze niż gdy zrobię to w punkt sprawnie.
    4. Sposób wydania nagrody i jej miejsce. Kolejne bardzo pomijane aspekty, czasem lekceważone, a jakże ważne. Czy nagrodzę za chodzenie przy nodze równolegle do niej czy z przodu, a może z drugiej ręki i z tyłu, czy nagroda pojawi się dokładnie w miejscu zaprezentowania zadania czy w zupełnie innym? Pies nauczy się wykonywać zadanie tak jak zbuduje sobie obraz tego zadania w głowie. A obraz ten buduje człowiek. Jak człowiek o to nie zadba to i zadowolenia z pracy psa nie będzie.
    5. Od samego początku myślę- jeśli powtórka, którą pies wykonał właściwie niewiele miała wspólnego z tym czego oczekiwałam, to po co to nagradzać? No właśnie – nagradzam jeśli jest co. Do tego potrzebna jest moja wiedza na temat tego jakie mam kryteria- czy zależało mi na tym by pies był równolegle do nogi czy może wylądować przede mną. Skoro nagradzam każdą to nie powinno dziwić mnie, że pies wykonuje różne powtórzenia i nie dba o precyzję.
    6. Podnoszę oczekiwania- jeśli uczę psa schodzić ze schodów nagradzając jedzeniem jego inicjatywę podchodzenia do jedzenia upuszczonego jeden schodek niżej to uważnie obserwując psa dostrzegę moment, w którym powinnam zacząć nagradzać po zachowaniu lub też za coś więcej- np. za pokonanie większego dystansu. Zdarza się, że przy tego typu problemach pies szybko pobiera pokarm i ucieka przez co trudno jest zrobić postęp- ale jest to błąd treningowy, a nie cwaniactwo psa czy niedobry wybór sposobu nauki czy nagradzania. To samo dotyczy wszelkich kwestii odwrażliwiania psa np. na dotyk z wykorzystaniem przeciwwarunkowania- można to zrobić dobrze albo źle- można tak, że pies albo się zablokuje i w ogóle nie będzie myślał o jedzeniu (więc nie będzie to dla niego żadna nagroda= „smakołyk nie działa”) albo tak, że rzeczywiście pies zacznie kojarzyć daną czynność neutralne lub przyjemnie i w ten sposób nauczy się akceptować zabiegi pielęgnacyjne.
    7. Znajomość schematów nagradzania- można zatrzymać się na etapie, w którym pies w istocie wykonuje coś tylko wtedy, gdy opiekun ma coś w dłoni. Szczerze mówiąc w ogóle by mi to nie przeszkadzało, o ile psy generalnie byłyby w ten sposób pod większą kontrolą właścicieli- bo właściwie dlaczego pies nie może być nagradzany za każde przyjście na zawołanie? Może. Ale jeśli ktoś ma większe oczekiwania i chciałby, by pies robił coś niezależnie od tego czy mam w dłoni ciastko czy nie, to już jest do wykonania praca ze strony człowieka, który w początkowej fazie nagradza w sposób ciągły, stopniowo wycofując nagrodę tak, by pies reagował na gest/słowo, nagradzając zmiennie, losowo , dorzucając do tego nagrody będące w środowisku, brak nagrody, czasem konsekwentny zakaz, nagrody socjalne i szereg innych rzeczy.

    Dlatego trochę mnie mierzi zaczepne pytanie „jak długo jeszcze mam tak nagradzać go?” zadane mi po dwóch spotkaniach, bo wydaje mi się, że zapominamy, że to my uczymy czegoś psa, a zadaniem psa nie jest odgadywanie o co nam chodzi. Wszystko czego nauczymy lub nie nauczymy nasze psy leży w naszej gestii. Prawda jest też taka, że psy mogą przez ten cały proces od ciągłego nagradzania po zgeneralizowaną reakcję na komendę przejść gładko i szybko- pod warunkiem, że należą do konsekwentnego, systematycznego człowieka, który rozumie, że uczenie się jest procesem. I tak jak ja nie od razu po uzyskaniu prawa jazdy czułam się pewnie na każdym skrzyżowaniu i w każdym mieście, tak pies nie staje się w dwa dni mistrzem posłuszeństwa.

    Ale jeśli po zdaniu egzaminu mam okazję jeździć regularnie i w różnych miejscach, różnymi pojazdami, przy małym ruchu ulicznym i po głównych ulicach w szczycie to jestem w stanie szybciej nauczyć się jeździć pewnie niż jeśli wsiadam do samochodu w niedziele po obiedzie i przejeżdżam dystans czterech kilometrów od Biedronki do domu.

    Samo się nie robi.


    DSC_0371

    Odkąd trenuję z psami i startuję w zawodach mam jeszcze więcej szacunku dla tego wszystkiego co związane ze sposobem nagradzania. Widzę, że to bywa skomplikowane, że pies różnie odczytuje to co mam mu do przekazania, że liczy się absolutnie każdy element słowa „n a g r a d z a n i e”. Że to wszystko musi być poukładane, przemyślane, czytelne dla psa, zrozumiałe i jasne jak śnieg zalegający na naszej wsi. Dlatego tym, którzy tak ochoczo krytykują nagradzanie jedzeniem i głoszą całemu światu, że to nie działa polecam rachunek sumienia- nie zadziałało szkolenie czy nie zadziałał człowiek?

Jak to zrobić żeby pies się słuchał?

faberkowa

(artykuł dostępny w magazynie Zupełnie Inny Świat)

Na przestrzeni wieków zmianie uległa motywacja, dla której decydujemy się na posiadanie w domu psa. Kiedyś wynikała ona głównie z konkretnej potrzeby- stróżowania, pilnowania zwierząt gospodarskich czy pomocy podczas polowań. Wtedy też zadania stawiane przed psem i relacja z nim były niemal z góry ustalone. Pies nie „służył” tak bardzo za towarzysza dnia codziennego i nierzadko zupełnie nieistotne było jak się czuje, jakie odczuwa emocje w różnych sytuacjach, nikt też nie zastanawiał się tak bardzo nad całokształtem opieki nad psem. Pies był po prostu psem. W niektórych środowiskach i miejscach nadal tak jest, jednak nie da się ukryć, że na pierwszy plan wybija się obraz innego niż kiedyś czworonoga- psa członka rodziny, psa obecnego w mediach, w sporcie, psa jako istoty, która stoi w centrum zainteresowania firm produkujących różnorakie akcesoria, jedzenie i wszystko, co wydaje się być dobrym produktem do sprzedania jego właścicielowi. Obecnie też naszą motywacją do posiadania psa nie jest tylko jego konkretna funkcja (właściwie można to uznać za niszowe podejście), a częściej po prostu opieka nad zwierzęciem. Co jeszcze? Dla każdego może to być inna pobudka- chcemy, by dzieci dorastały w otoczeniu zwierząt i w ten sposób kształtowały poczucie odpowiedzialności, empatii, miały powiernika tajemnic, kompana do zabawy, chcemy, by dom nie był pusty, chcemy oderwać się od pracy spędzając z psem aktywnie czas, pielęgnujemy w ten sposób rodzinne tradycje, w których zwierzęta były obecne od lat itp.

Jestem trenerem szkolenia psów i behawiorystą i chcę opowiedzieć o tym, czym z mojego punktu widzenia jest szkolenie psów, a czym być nie powinno, dlaczego czasem ponosimy fiasko w radzeniu sobie z pozornie prostymi rzeczami w wychowaniu naszego psa i co w dużym skrócie może nam pomóc zrozumieć Zupełnie Inny psi Świat.

  1. Kiedy słyszysz „szkolenie” to widzisz „komendy”

Natychmiast pojawia się w naszej głowie obraz grupy psów, która wykonuje polecenia- chodzi przy nodze, siada, waruje, aportuje, wszystko to patrząc z uwagą na właściciela. I rzeczywiście, to z jednej strony dobre skojarzenie, tylko czemu tak wielu z nas sprawia to kłopot albo tak wiele psów uznaje się za „niereformowalne” czy określa wręcz mianem głupich? Ano dlatego, że to tylko komendy. Komendy i reagowanie na nie to dla psa wyuczona reakcja na nasz gest czy słowo- konsekwencją ich wykonania zawsze może być albo nagroda albo brak kary, a konsekwencją nie wykonania- jakiś rodzaj kary lub równie dobrze nic. W tym miejscu moglibyśmy rozwinąć temat możliwości jakie na przestrzeni lat pojawiły się jeśli chodzi o szkoleniowe pomoce czy narzędzia, nurty i podejścia do relacji pies-człowiek. Nie jest to jednak sednem tego tekstu, dlatego chcę, byście jako Czytelnicy zapamiętali tylko, że komendy to nie wszystko. To, czy pies je wykona lub nie zależne jest od bardzo wielu czynników- od tych od nas zależnych (jak relacja z nami i czas, o których piszę poniżej), od tych nie w pełni zależnych (jak wcześniejsze doświadczenia psa jeśli mowa o psach np. przygarniętych), od środowiska zewnętrznego i kontekstu (miejsca, w którym oczekujemy ich wykonania, przestrzeni wokół, obecności innych psów, ludzi), predyspozycji, usposobienia każdego psa jako jednostki (bo psy różnią się między sobą), a na końcu od techniki jaką obierzemy ucząc psa tych naszych ludzkich i często nie do końca zrozumiałych dla psów „sztuczek”, które nazywamy szkoleniem. Czy zatem szkolenie nie jest nam potrzebne?

Jest- ale jego efektem powinna być przede wszystkim nasza lepsza relacja ze zwierzęciem, a niejako „produktem ubocznym”- choć niewątpliwie bardzo przydatnym- kilka konkretnych umiejętności, które prezentuje nasz czworonóg.

DSC_0112001

  1. Szkolenie to relacja

Relacja ze zwierzęciem- cóż za wymysł! Tak pewnie powiedziano by setki lat temu. Ale to nie tak, że jej nie było- była, ale inna. Ludzie nierzadko byli od psów nawet w pewnym stopniu zależni- wystarczy przypomnieć sobie pociągową rolę psów na dalekiej Północy czy pomyśleć, że od skutecznego strzeżenia stad zależało jak będzie żyło się gospodarzowi i jakie poniesie lub nie straty, które realnie miały wpływ na jego życie i przeżycie. Po prostu nikt nie rozmyślał nad tym czy to relacja czy nie, a układ człowiek- pies był klarowny. Dziś o słowie relacja mówi się więcej- jako o związku, więzi ze zwierzęciem. Bez tego nieuchwytnego czegoś nie powiedzie się żadne szkolenie. Pomyślmy np. o psie, który dopiero co zmienił właściciela, a nowy przygarnął go ze schroniska. Nierzadko już na samym początku napotykamy na mniejsze lub większe problemy z zachowaniem ów psa- po prostu się nas nie słucha, nie daje się dotykać, broni jedzenia/przestrzeni/przedmiotów, nie daje się opanować na smyczy. Czy to jego krnąbrność? Czy popełniliśmy błąd przygarniając tego psa? Nie- pies po prostu kompletnie nas nie zna- naszych zwyczajów, ruchów, mimiki (a pamiętajmy, że psy doskonale uczą się swoich opiekunów i odczytywania ich emocji, mowy ciała), nie wie też czego się po nas spodziewać, zwłaszcza, jeśli ma za sobą jakieś negatywne doświadczenia z ludźmi. To, że od razu zabierzemy się za szkolenie to ważne, ale dużo ważniejsze jest, byśmy dali sobie i psu możliwość poznania się i zawiązania ze sobą nawzajem więzi. Możemy przymusić takiego psa by szedł koło nas na krótkiej smyczy, ale wystarczy, że ta smycz się zerwie, by pies przestał przy nas być. Relacja to dla mnie kluczowa sprawa, nie ważne czy mowa o psie uprawiającym wyczynowo jakąś dziedzinę sportu kynologicznego czy takim, który żyje sobie jako członek rodziny Kowalskich. Relacja to podążanie za człowiekiem, gdy ten kieruje swe kroki w określonym kierunku, to chęć psa bycia blisko swojego opiekuna, to okazywanie radości na jego widok, to właśnie odczytywanie przez psa naszych stanów emocjonalnych- tego, że jesteśmy zdenerwowani czy tego, że jesteśmy np. z zachowania pupila zadowoleni. Nazywam to czymś nieuchwytnym, bo każdy znajdzie być może u siebie inne namacalne dowody relacji ze swoim zwierzęciem, ale daleko wykracza to poza myślenie psa o właścicielu tylko jako dostawcy pokarmu i schronienia.

Zadaniem właściciela psa jest budowanie relacji- jeśli chcemy, by pies się nas najogólniej mówiąc słuchał, to musimy dać z siebie więcej niż tylko wypowiadanie komend.

Do jej wytworzenia potrzebny jest…

  1. Czas

Czas to coś o co nam najtrudniej. Efekty chcemy mieć szybko, zwłaszcza, jeśli pies sprawia nam jakiś kłopot, jednocześnie żyjemy tak, że nie mamy czasu dla siebie i rodziny, a co dopiero mówić o psie. Tymczasem żadne szkolenie nie uda się bez wygospodarowania czasu. Nie tylko na zajęcia z psem, bo to pewnie uda nam się jakoś wcisnąć po pracy czy w weekend, ale na bycie z psem w ogóle. Czas jest potrzebny relacji (nie związujemy się z nikim w ustalonym z góry wymiarze godzin), czas jest potrzebny psu. Żeby nas poznał (niezależnie od tego czy to szczenię czy pies po przejściach), żeby zrozumiał reguły rządzące w ludzkim świecie, żeby poskładać informacje, którymi bombardujemy go na szkoleniu, żeby je też utrwalił. I znów- szczenię potrzebuje czasu, by zrozumieć jakich zachowań nie akceptujemy albo gdzie może, a gdzie nie się wypróżniać i często jest to po prostu związane z rozwojem organizmu, który nie stanie się dojrzały w tydzień. Możemy więc wymyślać coraz to nowsze narzędzia i specyfiki, które mają pomóc w oduczaniu czegoś (np. sikania w domu), ale to nie o narzędzia chodzi.

Ów czas na wszystko jest moją osobistą bolączką w pracy z klientami- bo nasz tryb życia wymaga szybkich działań i czasem wręcz programowania psa, a nie uczenia go. Niestety to się wtedy nie udaje i już- pozostaje obraz wszelkiego rodzaju zaklinaczy i znachorów, którymi karmią nas media i które to pokazują nam krótki odcinek zawierający stan zwierzęcia „przed” i „po”- zabawne, że w ten sam sposób konstruowane są programy np. o zmianie wyglądu zewnętrznego ludzi, a przecież wiemy, że zoperowany nos nie goił się w 40 minut, które widzimy na ekranie (tak jak z przejściem na dietę- samo postanowienie to za mało). Nie mamy jednak w sobie tyle samo wyrozumiałości jak dla nosów ludzi oglądanych w telewizji w stosunku do naszych psów i gdy tylko okazuje się, że na TRWAŁĄ zmianę zachowania zwierzęcia potrzeba godzin treningu, nierzadko zrażamy się i rezygnujemy.

Czas ma jeszcze jeden wymiar- nie tylko ten pt. „czekanie na zmianę”. To też czas, który znajdziemy decydując się na zwierzę pod swoim dachem. Czas na spacer, gdy wieje i pada albo jesteśmy skonani, czas na wspólną zabawę czy czas na pozwolenie psu na bycie obok nas. Pamiętajmy, że mówimy o zwierzętach, dla których grupa społeczna jest bardzo ważna. Czegóż mogę oczekiwać w zakresie szkolenia i wykonywania przez psa moich poleceń, jeśli mieszka on na zewnątrz, nie wychodzę z nim na spacery, nie bawię się z nim i zabieram tylko na 60 minutowe zajęcia z tresury raz w tygodniu? Jest duże ryzyko, że nic z tego nie będzie, bo pies jest tak podekscytowany tym, że wychodzi ze mną, że nie jest w stanie skupić się na niczym, bombarduje go świat bodźców, zapachów i wszystko co go otacza. Dlatego tak ważne jest świadome podjęcie decyzji o wzięciu na siebie odpowiedzialności za czworonoga. Jeśli bowiem nasz tryb życia nie uwzględnia wyżej wymienionego czasu dla psa, to lepiej i dla nas i dla zwierzęcia, byśmy się pod jednym dachem ze sobą nie męczyli.

DSC_04014

  1. Zrozumienie

Przedmiotowe traktowanie zwierząt może nie jest reliktem przeszłości, ale wierzę, że kiedyś będzie. Setki eksperymentów czy uznanych wieloletnich badań pokazuje, że psy czują i myślą. Do nas jako ich opiekunów należy więc próba ich zrozumienia. W dobie dostępu do informacji nie jest to zadanie wcale trudne i żmudne, bo nie stanowi problemu dowiedzenie się jak funkcjonuje pies. Wiemy co jedzą, na co chorują, wiemy o ich podstawowych potrzebach, ale często nie zdajemy sobie sprawy, że do wyszkolenia psa niezbędne jest nam zrozumienie tego jak funkcjonują, jak się uczą i jakimi są istotami jako gatunek. Chcemy je wtłoczyć w ludzki świat, ze wszystkimi tego konsekwencjami nie bacząc na to, że choć są doskonale zmienione przez ewolucję i przystosowane do życia u boku człowieka, to nie są ludźmi. Są dwa bieguny tego naszego braku rozumienia psów: jeden to ten, w którym antropomorfizujemy psy do granic możliwości, nadając im wszystkie ludzkie cechy i emocje, wyposażając je w przedmioty, które nie są im zupełnie potrzebne i które nierzadko wręcz je krzywdzą (wystarczy spojrzeć na gamę produktów dla zwierząt takich jak perfumy czy eleganckie ubrania pełniące funkcję ozdobną), a drugi biegun to ten, w którym nie postrzegamy psów jako istot, które odczuwają i myślą (z braku chęci lub niewiedzy). Nie zwracając uwagi na to jakie emocje przeżywa pies i negując lub ignorując np. strach u zwierzęcia łatwo sięgnąć chociażby po szkoleniowe narzędzia, które będą nam proponowane, by zmusić do czegoś zwierzę i by patrząc z boku wydawało się, że pies się nas słucha.

Rozumieć to poznać i dowiedzieć się i na tej podstawie budować więź, szkolić i razem żyć. Bez rozumienia nie będziemy mogli czuć się w obecności psa bezpiecznie a i sam pies nie będzie darzył nas zaufaniem.

 DSC_0106

  1. Zasady i ich przestrzeganie

Ostatnią cegiełką skutecznego szkolenia i jego pojmowania go są dla mnie szeroko pojęte zasady, które kierują naszym wspólnym z psem życiem. Zasady, które wyznacza człowiek mając w pamięci wiedzę na temat gatunku jakim jest pies. Bez nich szkolenie zacznie się i skończy na placu szkoleniowym i będzie zbiorem sztuczek działających lub nie.

Taki zbiór reguł porządkuje psu dzień i cały obraz swojej ludzkiej rodziny- dzięki temu pies nie funkcjonuje w chaosie, w którym każdy członek rodziny działa inaczej i wymaga czego innego, a dokładnie wie czego się po nas spodziewać. Kilka lat temu ogromną popularność wzbudzała Jan Fennell ze swoją seria książek „Zapomniany język psów” czy teoria Johna Fishera – oboje odnosili się w swych rozważaniach o psach do funkcjonowania wilczego stada i choć do tego właśnie umocowania tych teorii w nauce nie przywiązywałabym się biorąc pod uwagę aktualny stan wiedzy o psach, to jedno zasługuje na szczególną uwagę: to, co proponowali było dla psów przynajmniej jasne i było zbiorem reguł. Wierzcie mi Państwo, że to, czy udam, że jem pierwsza lub czy pierwsza czy ostatnia przejdę przez drzwi nie ma większego znaczenia w kontekście tego co o mnie pomyśli mój pies, ale jeśli uprę się, że tak ma być- to staje się to dla psa rytuałem i zasadą czyli czymś, co jest dla zwierzęcia jasne i co łatwo mu przestrzegać. Dobrze żyje się pod jednym dachem z psem, który potrafi przebywać spokojnie w innym pomieszczeniu, zostawać sam, czekać na wypuszczenie z samochodu- każdy z nas może mieć spisany ze swoim psem inny zbiór zasad, w zależności od tego co jest dla nas istotne, co akceptujemy, a czego nie. Problem może pojawić się wtedy, gdy członkowi rodziny A nie będzie przeszkadzało szczekanie psa, gdy domownicy jedzą posiłek, a członek rodziny B będzie psa za to surowo karcił, dlatego istotne jest, byśmy mówili jednym głosem i by to, co ustalimy było spójne dla całej rodziny.

Tym akapitem o zasadach, ich ustalaniu i przestrzeganiu zataczamy też koło- bo do ich wypracowania przydatne okażą się konkretne umiejętności psa, których go nauczymy- np. nauczenie psa przebywania na swoim legowisku ułatwi mu przestrzeganie zasady o nie wyłudzaniu jedzenia, gdy spożywamy posiłek, a nauczenie spokojnego siedzenia i tkwienia w tej pozycji przyda się jako wskazówka dla psa i alternatywa do obskakiwania nas, gdy wracamy do domu.

To szkolenie w wymiarze konkretnych umiejętności i komend jest więc niezwykle pomocne i istotne, ale nie istnieje i nie zadziała bez pomocy pozostałych, wspomnianych przeze mnie aspektów życia z psem i wychowywania go. Wiele mówi się o korzyściach z posiadania w domu zwierzęcia i miliony opiekunów psów mogą to z pełnym przekonaniem potwierdzić. Pytanie brzmi, czy gdyby psy posiadały umiejętność takiego rozumowania, to czy na tak postawioną tezę w odniesieniu do człowieka odpowiedziałyby tak samo. Skuteczne szkolenie psa to dla mnie takie, w którym mogłabym założyć, że psy odpowiedziałyby, że odczuwają korzyści z bycia ze mną- i bynajmniej nie tylko te, gdy zaspokajam ich głód podając jedzenie w misce…

Wszystko zaczyna się od emocji.

faberkowa

Naszła mnie ostatnio taka myśl, że w szkoleniu psów czy to podstawowym czy sportowym czy w rozwiązywaniu przeróżnych problemów z zachowaniem psa wszystko sprowadza się do przeżywanych emocji. I to nie ludzkich, choć one też grają dużą rolę, ale tych psich zwłaszcza.

Fakt, że zwierzęta odczuwają emocje jest niemal wszystkim znany, ba- nawet udowodniony. Oczywiście spekuluje się i wciąż dochodzi do tego jak i w jaki sposób zwierzęta te emocje odczuwają i okazują i jakie są tego konsekwencje, jak funkcjonuje zwierzęcy mózg, jaką rolę odgrywają w tym hormony czy neuroprzekaźniki i cała psia istota widziana od wewnątrz, niemniej jednak większość z nas przyzna, że pies emocje ma. Ma strach, który potrafimy dostrzec, ma radość, której nie przeoczymy, ma złość z którą „walczymy”, bo utrudnia nam spacery czy inny aspekt życia z psem pod jednym dachem. Kłopot pojawia się jednak, gdy:

- „podciągamy” to co widzimy i nazywamy to emocjami, które znamy z ludzkiego życia

- nie uświadamiamy sobie albo i nie chcemy uświadomić sobie emocji przeżywanych przez psa w radzeniu sobie z ich trudnymi zachowaniami.

DSC_0401

Weźmy na przykład takie sikanie w domu. Pies nie załatwia się tylko i wyłącznie podczas spacerów, ale również w domu, ma dajmy na to 10-11 miesięcy. Czy takie posikiwanie może mieć jakikolwiek związek z emocjami skoro widzę psa, który jest żywiołowy, nie boi się opiekunów, jest zdrowy i na pierwszy rzut oka wszystko z nim porządku? Ano może i nierzadko ma. Ten sam pies podczas mojej rozmowy z właścicielami nie usiadł i nie położył się ani na chwilę . Zdążył za to kilkakrotnie wspiąć się na mnie łapami, dyszeć, kręcić się, szczekać, wspiąć się na kolana właściciela, znów szczekać, piszczeć i się zsikać. Wszystko dlatego, że niespecjalnie ktokolwiek zwracał na niego uwagi. Drążąc opowieść okazuje się, że czworonóg zwykle uzyskuje uwagę opiekuna w odpowiedzi na jego chęć i zaczepki, a więc na niemal każdą próbę uzyskania tej uwagi- często zaczyna się wtedy zabawa, otwierany jest balkon, pojawia się wyjście na dwór. Zdarza mu się zsikać, gdy domownicy rozmawiają z gośćmi, gdy oglądają telewizję, gdy jedzą posiłek- teoretycznie nie ma w tym żadnej reguły, ale tak naprawdę ona jest- to dla tego psa bardzo frustrujące, gdy czegoś chce, a nie może tego w tym samym momencie otrzymać. Pies nie ma więc problemu z czystością- doskonale wie, że potrzeby fizjologiczne załatwia się na dworze. Ale z drugiej strony ujście emocjom, które sprawiają, że czuje się niekomfortowo daje mu opróżnienie pęcherza. Nierzadko też słyszymy, że pies sika, bo jest złośliwy- tak to może wyglądać, ale daleko mi do takiej interpretacji. Zwłaszcza, że gdy unormuje się panujące w domu zasady, obdarzy psa atencją wtedy, gdy jej nie wymusza, zadba o jego potrzeby to sikanie… znika.

DSC_0407

Pozostając przez chwilę w temacie frustracji możemy przenieść się do problemu z wyrywaniem się, szczekaniem, a z chwilą spotkania „napadaniem” jednego psa na drugiego. Tu scenariusz może być taki: klient zgłasza się do mnie z agresywnym, bardzo kłopotliwym zachowaniem swojego psa, który to będąc na spacerze ciągnie, obserwuje otoczenie, a gdy zobaczy psa wstępuje w niego napęd z dołączonym wokalnym popisem. Pies nie reaguje wtedy na komendy, a jeśli już w jakichś okolicznościach dojdzie do spotkania z obcym psem, kończy się to krótkim (albo długim) spięciem. Można by rzec: no, agresywny, chce zranić drugiego psa. Można by też przystąpić do temperowania nicpońskiego zachowania różnymi środkami większego i mniejszego przymusu albo po prostu wychodzić na spacery w nocy i bladym świtem, a w pozostałych porach wyprowadzać psa w kagańcu na krótkiej smyczy. Tymczasem to co zobaczę ja może wyglądać tak: gdy pies był szczeniakiem miał niemal nieograniczony dostęp do innych psów- spotykał je niemal na każdym spacerze, brał udział w kursie dla szczeniąt, gdzie hulankom nie było końca, psy zawsze wyganiały się niemal do padnięcia i było tak sielankowo do czasu, gdy pies przestał wracał na wołanie. Z tego też powodu zaczął być wyprowadzany tylko na smyczy, w obawie o jego bezpieczeństwo. W między czasie pies dorasta i widząc innego psa zaczyna dążyć do tego kontaktu ciągnąc w jego kierunku. Kilkadziesiąt razy w ten sposób udało mu się spotkać z drugim psem, a kilka razy psy się „nie polubiły” i trochę na siebie powarczały. Pies jest coraz silniejszy fizycznie, więc to jego ciągnięcie w kierunku drugiego psa robi się nieco kłopotliwe. Dlatego kontaktów z psami ma jeszcze mniej. Po kilku miesiącach widząc psa zaczyna wyrywać w jego stronę, również warcząc i napierając na niego, ale teraz, gdy dochodzi do spotkania na smyczach czworonóg wybucha i na „dzień dobry” lub po krótkim powąchaniu drugiego osobnika dochodzi do konfliktu. Dlaczego twierdzę, że ma to często związek z nieradzeniem sobie z ograniczeniem i niemożnością zaspokojenia potrzeby czyli frustracją? Dlatego, że przyzwyczajony do kontaktów z innymi psami, które były nieograniczone w momencie, gdy (z powodu np. niereagowania na przywołanie) zaczyna mieć ich mniej, coraz bardziej dąży do spotkań z nimi, bo one po prostu zniknęły. Były codziennie versus nie ma ich wcale. Skoro ich nie ma, a potrzeba została, to robię co mogę, by się jednak z drugim psem spotkać. Jeśli czuję, że jestem na smyczy, wywołuje to we mnie złość. Gdy nabuzowany pies wpada na drugiego, który może być najwspanialszym i najłagodniejszym kompanem do spotkań – wybucham wszystkimi tymi emocjami, które się we mnie kotłowały odkąd tylko tego drugiego psa zobaczyłam. Czy takie zachowanie to tylko efekt frustracji? Ano właśnie nie.

DSC_0352

Bo opis może zacząć się tak samo: klient zgłasza się do mnie z agresywnym, bardzo kłopotliwym zachowaniem swojego psa, który to będąc na spacerze ciągnie, obserwuje otoczenie, a gdy zobaczy psa wstępuje w niego napęd z dołączonym wokalnym popisem. Pies nie reaguje wtedy na komendy, a jeśli już w jakichś okolicznościach dojdzie do spotkania z obcym psem, kończy się to krótkim (albo długim) spięciem.

Załóżmy, że ten pies nr 2 został kiedyś lekko poturbowany przez drugiego psa- ran nie było, ale niesmak pozostał. Ma kilka psów, które zna od szczeniaka i z nimi ubaw jest po pachy, ale wobec obcych psów bywa różnie, z tendencją do coraz to gorszego zachowania- 90% kontaktów kończy się krótkim konfliktem. Wprawne oko zobaczy jednak coś jeszcze – że pies się kontaktów z obcymi psami boi- odczuwa strach. Jest niepewny, odczuwa dyskomfort, a do spotkania już doszło. Chwila trwa, trwa, w psie narasta obawa i BUM! Krótki jazgot, kłapanie zębami. Właściciele odciągają psy od siebie, bo się najwidoczniej nie polubiły. Scenariusz powtarza się kilkanaście razy, więc z punktu widzenia psa odczuwającego strach najlepszą strategią radzenia sobie z psem, z którym wcale kontaktu nie chce jest szybkie zdystansowanie go- kłap, kłap i wtedy interakcja się kończy. Czy takie psy są złe? Czy są agresywne? No pewnie, zachowują się agresywnie. Ale to wszystko ma swe źródło w emocjach, w czymś co sprawia, że pies podejmuje takie a nie inne zachowania, w jego doświadczeniach, wszystko jest konsekwencją wcześniejszych działań opiekuna, szkolenia, doświadczeń z psami i z jeszcze wieloma innymi rzeczami.

Tak jak wspomniałam, można mnożyć przykłady- podam jeszcze jeden- dlaczego Bazyl przebiera nóżkami i skacze jak piłka, gdy chodzi przy nodze podczas konkurencji na Working Testach (a idzie normalnie, gdy poprosimy go o to będąc na spacerze?) i dlaczego wiele psów piszczy? Albo- dlaczego Krecikowi zdarzyło się nagle, w trakcie ćwiczenia siknąć, po prostu tak sobie przykucnąć i siknąć, a potem jak gdyby nigdy nic wykonywać ćwiczenie (skoro sikała wcześniej)? A dlaczego psy zrywają tzn. biegną po aport bez komendy albo mocno zaciskają pysk na aporcie kłując go? Odpowiedzią na te pytania też są emocje- duże, czasem ogromne pobudzenie, podniecenie i ulga, którą nierzadko odczuwa pies np. posikując czy mocno zaciskając zęby na aporcie. Żaden szkoleniowy kontekst, żadna sytuacja dnia codziennego nie są oderwane od przeżywania emocji, tak w ludzkim, jak w psim świecie.

 

DSC_0217

To najważniejsze, gdy myślimy o szkoleniu. Mam poczucie, że od tego, czy dostrzegamy fakt odczuwania emocji zależy to jaką wybierzemy metodę szkolenia- czy skoncentrujemy się na likwidowaniu tego co widzimy, czy przyjrzymy się temu bardziej dokładnie? Czy wszystkie psy będziemy traktować tak samo i uczyć tak samo dzieląc zachowania na dobre/złe, czy też dostrzeżemy różnicę między pozornie takim samym zachowaniem biorąc pod uwagę jego przyczynę? I wreszcie- czy zależy nam na tym, by pies robił to co mu każemy niezależnie od tego jak się czuje w danej sytuacji? Kiedyś, gdy szkoliło się psy właściwie w jeden sposób nikt nie zastanawiał się nad tym czy pies się boi czy frustruje, cieszy, złości. Zastanawia mnie jednak to, że technologia pędzi do przodu, rozwija się każda dziedzina nauki, wiemy coraz więcej, coraz więcej jest możliwości zbadania czegoś, dowiedzenia się nowych rzeczy, a czasami w tym „psim” aspekcie działamy jak 100 lat temu. Złe zachowanie należy ukarać, dobre może pochwalić. Jeśli dodamy do tego np. nasze ambicje osiągnięcia czegoś z psem to pies niknie- robi, bo musi, słucha kiedy musi, ale poza fizyczną obecnością wcale go przy nas nie ma. Dlatego też myślę sobie, że udane szkolenie może być zawsze wtedy, gdy będziemy chcieli nie tylko zachowań (konkret- siad, waruj, noga), ale więzi i wiedzy na temat tego jak funkcjonuje pies jako gatunek.

Koniec i początek roku

faberkowa

Dziś więcej zdjęć, bo nie mam serca wstawiać kolejnych na FB i sprawić, by jeszcze więcej osób musiało oglądać znów nasze psy :)

Wymądrzalski post będzie niebawem, a dziś tylko krótkie podsumowanie tego co było i tego co ma być.

Przełom starego i nowego roku spędziliśmy znów w Czarnowodzie. Pierwszy raz od dawna wyjechała z nami Szyszka, która zresztą sprowadziła się do domu i już jestesmy w komplecie od jakiegoś czasu. Winki znosi już z godnością najmłodszą -Kreta i robimy co w naszej mocy, żeby tak to trwało już zawsze.

DSC_0075

DSC_0142DSC_0146

był też czas na treningi (póki nie przywaliło mrozem...)

DSC_0183na super spacery w towarzystwie:

 

DSC_0281na pozowanie

DSC_0307na podziwianie widoków

DSC_0319Po powrocie do domu mamy jeszcze do jutra nieco luźniejszy czas, może już nie pełen urlop, ale jest jeszcze chwila, by popstrykać:

DSC_0340DSC_0352DSC_0353DSC_0341-001

 

 

 

 

Po co szkolisz psa?

faberkowa

Dziś nie będzie o Kreciku, bo Krecik jest idealna :) Skończyła 6 msc, jest cudownym powiewem świeżości na naszej nowej drodze życia (w związku z przeprowadzką tak to szumnie nazwałam), fitnessem dla zdziadziałego chwilami Lola, wyzwaniem dla Binia, który uczy się ją lubić i już ma na tym polu sukcesy i dla Szynki, która pilnowana też zachowuje się wobec niej z poprawną obojętnością. Jest moim sukcesem szkoleniowym, bo jest taka jaką ją sobie wymarzyłam i robi to, czego ją codziennie uczyłam i uczę. Więc dopóki nie nagram zjawiskowych filmików jak zapitala po łące z dummy to o niej nie będzie nic :)

Tymczasem między pakowaniem jednego pudła, a drugiej torby spędzam czas z 7 msc spanielem i jak zawsze przebywanie kilka/kilkanaście dni z obcym psem sprzyja mym rozmyślaniom. Dlatego dziś będzie o tym, po co szkolimy psy. Po co pojawiamy się na placu ze szczeniakiem czy z dorosłym psem? 

Odpowiedź wydaje się być prosta- bo chcemy, by:

a) pies w przyszłości nie sprawiał nam problemów i "się słuchał"

b) pies już sprawia nam problemy i chcemy coś z tym zrobić

Gdy prowadzę zajęcia na placu zawsze powtarzam, że chcę, by umiejętności, których uczymy tam psy były funkcjonalne, przydatne, by po prostu były obecne w innym kontekście niż tylko plac. Nauczenie psa chodzenia przy nodze czy zostawania w grupie psów jest często samo w sobie wyzwaniem, bo nie każdy pies potrafi szybko zaangażowac się w trening i niekiedy trzeba się nagimnastykować, by pies był w stanie się uczyć i by sprawiało nam i jemu to frajdę. Zwykle jednak przy zachowaniu regularności w treningu na placu, uczestnicząc systematycznie w zajęciach przestaje to być trudne, a psy zaczynają uczyć się szybko i sprawnie nowych rzeczy, a także są w stanie wykonywać te znane już , nauczone zachowania w coraz trudniejszych aranżacjach.

Może się jednak zdarzyć ( i zdarza się pewnie każdemu kto z psami pracuje), że słyszy się: na placu to on robi wszystko, ale w domu i na spacerach dalej zachowuje się jak ..... (wpisz co usłyszałeś). Gdzie więc i kto popełnił błąd? Czy to wina psa/opiekuna/trenera? 

Nie będziemy się koncentrować na tym czyja to wina, ale warto zapamiętać, że sedno sprawy w szkoleniu polega na tym, że na placu dostajemy instrukcje i wypracowujemy w komfortowych warunkach narzędzia, które mają nam czemuś służyć. Mają nam pomóc spacerować z psem, bywać z nim w różnych miejscach, kontrolować jego zachowanie przy gościach/w gościach itp. A więc:

- siadanie, siadanie w rozproszeniach, siadanie i zostawanie

ma nam służyć, gdy np. stoimy przy bankomacie i nie chcemy, by pies się szarpał na smyczy tylko spokojnie w takiej sytuacji czekał

może się przydać, gdy jest wąsko i musimy przepuścić kogoś z psem (zamiast znów: się szarpać)

może się przydać przed ulicą, gdy obok stoi grupa ludzi i nie chcemy, by pies zaglądał wszystkim do toreb i pod spódnice

gdy chcemy posprzątać po psie, gdy ktoś do nas podchodzi albo spotykamy znajomego na ulicy, gdy wchodzi listonosz, gdy zakładamy psu obrożę, gdy chcemy wyjść z nim na spacer, a on się tym faktem bardzo ekscytuje

- skupianie uwagi na nas

pies, który wie, że to nas sprawia radość i że to skutkuje otrzymaniem nagrody/naszej uwagi robi to często, dzięki czemu słyszy co sie do niego mówi. Jeśli pies wisi na smyczy wpatrując się w drugiego psa "bo musi się z nim przywitać" to raczej nie ma szans żeby przestał, bo powiemy mu "siad". pies, który podczas spaceru ma  dzięki temu spoglądaniu ze mną regularną łączność, jest na spacerze ze mną, a nie jest sobie na nim sam, a ja jestem albo kimś, kto mu utrudnia, bo trzyma go na smyczy albo tym, który go goni, gdy jest bez smyczy

- chodzenie przy nodze

jest po to, by pies potrafił przejść w ten sposób przez ulicę, gdy obok nas stoi grupa ludzi i trzeba ich minąć, jest po to, by minąć drugą osobę z psem podczas spaceru, gdy wiemy, że psy nie mogą się spotkać, może się przydać zawsze tam, gdzie musimy przemieścić sie z psem w sytuacji trudniejszej niż bycie w lesie czy na łące (tam ćwiczą chodzenie chyba głównie ludzie z retrieverami :P )

- rezygnowanie, dzielenie się

wszystko po to, by w sytuacji, gdy pies namierzy zdechłego ptaka albo resztki jedzenia albo go przed tym powstrzymać, albo poprosić, by to oddał. Gdy porywa skarpety, chusteczki higieniczne, patyczki do uszu (spanielek :D), gdy ma w paszczy bułę, gdy weźmie zabawkę dziecka. Gdy wspina się łapami na blat, próbuje skoczyć na kuriera i tak dalej....

- czekanie

czekanie zamiast wybiegania na ulicę, czekanie zamiast skakania na drzwi przed wyjściem na spacer, czekanie zamiast wyskakiwania z auta prosto pod koła samochodu. życie to sztuka czekania, można by rzec :) 

 To tylko kilka przykładów. Każda z umiejętności, której uczymy psa na placu powinna być od razu zakodowana  "do czego ja to mogę wykorzystać na co dzień?". Albo na odwrót: widzę, że mój pies robi coś, co mi bardzo przeszkadza i myślę, którą z umiejętności nad którą pracowałam mogę wykorzystać, by sytuację zmienić?

Jak już przyjmiemy taki schemat myślenia o szkoleniu to dochodzimy do drugiej części: realizacji. I tu może pojawić sie problem: na spacerze jest inaczej. Na spacerze jest to niewykonalne. W domu się nie da. Dlaczego psy robią na placu wszystko, a na spacerze jest im trudniej? A no bo na plac wchodzą regularnie przez powiedzmy dwa miesiące i tam zawsze czeka je ten sam, stały plan na kolejną godzinę. Wejście na plac jest rytuałem i od razu wszyscy wiedzą po co tam wchodzą i co się będzie działo. Miejsce jest stałe, grupa też, wszyscy wszystko wiedzą i działają. A na spacerze BANG!: zza winkla pojawia się pies, zza drugiego wychodzi człowiek, na łące zwykle się biegało, a nie ćwiczyło, biegało się aż tchu brakowało i nikt nigdy niczego od psa wtedy nie oczekiwał, aż tu nagle czegoś od psa chcemy. Ale: jeśli na placu pies pracuje dobrze to znaczy, że narzędzia są. Jeśli narzędzia są to trzeba jeszcze tylko dopasować wielkość kołka do wiertła i wszystko będzie ok. 

Po pierwsze wynoszenie umiejętności poza plac zaczynamy od razu- każde ćwiczenie od razu przepracowujemy kilka minut dziennie (to naprawdę nie jest dużo) podczas spaceru. Po drugie nie mamy zrywów pt. "dziś! dziś jest ten dzień! dziś wezmę smakołyki i potrenuję siadanie!" tylko pracujemy z psem systematycznie, po kilka minut. Po trzecie: zaczynamy od miejsc, w których psu jest łatwiej, np. po przejściu kilkuset metrów, podczas których pies może załatwić swoje potrzeby, stopniowo zwiększając poziom trudności. Po czwarte i najważniejsze: po prostu jesteśmy konsekwentni. Jeśli spacer poranny musi być techniczny, bo spieszymy się do pracy, to wyprowadźmy psa na smyczy, zamiast puszczać go i denerwować się potem, że pies nie chce wracać na zawołanie. Jeśli pies się mota na smyczy i szarpie to trudno- zrobimy mniejszy dystans rano, ale przejdziemy jednak dbając o to, by pies nas nie dociągał do wszystkiego co chce obwąchać. 

Jeśli wpadniemy w rytm i rytuał pracowania z psem kilka minut dziennie to nie ma siły- efekty się pojawią. Jeśli natomiast popracujemy tylko na placu a na spacerach nic się nie zmieni to po prostu zachowanie psa będzie dobre tylko na placu. 

Szkolimy psy po to, żeby nas lepiej rozumiały, żeby wiedziały co oznaczają nasze nakazy i zakazy, żeby te polecenia rozumiały. Dostajemy narzędzia, których musimy już potem sami użyć. Do tego potrzeba nas i naszego zaangażowania, ale jeśli spróbujemy to i szczeniak wyrośnie na fajnego psa i ten sprawiający problemy pupil też będzie zachowywał się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Są psy łatwiejsze we współpracy i trudniejsze, z jednym się naharujemy, z innym będzie to tylko czysta przyjemność. Ale w obu przypadkach potrzebni jesteśmy MY i NASZA PRACA wyniesiona poza plac, na którym trenujemy.

Trust me, I'm a dog trainer :D

 12002104_1006299452765557_4858599865170743473_n_1

 

 

 

© Czarny Lolek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci